
Pierwszy raz spotykam się z płytą, która jest od początku do końca jednym wielkim hitem. Serio! Nieważne, z której piosenki zrobią singiel, jeśli nie osiągnie co najmniej pierwszej piątki na listach przebojów, będę szczerze zdumiona. Na "Demon days" muzyka jest bowiem tak zróżnicowana, że absolutnie każdy znajdzie coś dla siebie - nieważne, czy słucha rocka, hip-hopu czy elektroniki. Gorillaz znakomicie łączą ze sobą na pierwszy rzut oka zupełnie odmienne gatunki, tworząc nowy styl, wpadający w ucho każdemu otwartemu na dobre brzmienia. Na płycie pojawiają się zarówno numery wolne - "El mana", jak i szybsze - jeden z moich faworytów "Dare". W "Dirty Harry" kwartet korzysta nawet z pomocy chóru dziecięcego! W ogóle, singlowy "Feel Good Inc." nie jest jedynym, gdzie zastosowali featuring. Teksty nie zawsze porażają głębią, ale na pewno nie przeszkadzają znającemu angielski słuchaczowi w odbiorze.
W sprawach producenta nie mogę się poszczycić wysokim zaznajomieniem z tematem, ale ponoć o łaskę Danger Mouse'a prosi wielu, ale nieliczni ją dostają - co jednoznacznie wskazuje, że Gorillaz nie jest zespołem jednym z wielu.
To nie tak, że są w stu procentach oryginalni. Przeciwnie - to wszystko już było, to wszystko już znamy
Ale w inny sposób. "Osobno" będzie chyba dobrym określeniem. Albarn i spółka prezentują nam dokładnie to, czego nasłuchaliśmy się do znudzenia - w odświeżonej, przebojowej wersji, z jakimś konkretnym akcentem "came from Gorillaz". A co najlepsze, trafiają tym w dziesiątkę! Nie sposób się znudzić nawet po dziesiątym przesłuchaniu!
Urielen